W zasadzie miałem obejrzeć leśną sadzawkę w sercu Puszczy Piskiej, jak nazywam cały rejon otoczony jeziorami Nidzkim, Wiartel, Brzozolasek, do drogi Pisz-Rusiane Nida. Chciałem sprawdzić ślady i zaplanować nocne podejście do ukrycia. Miała nim być tym razem myśliwska wzwyżka obok zbiornika wodnego. Wydawała się idealna dla planowanego kadru… Dawno temu, przemierzając puszczę wzdłuż i wszerz rowerem, odnajdywałem ciekawe miejsca. Najpierw na mapie szukałem czegoś więcej niż zielona płaszczyzna. Oznacza ona tutaj hektary lasu gospodarczego – monotonne połacie, jak łany zbóż wypełnione milionami identycznych sosen. Od czasu do czasu czmychnie w nich sprzed oczu jedynie jakaś sarna. W upalne lato, gdy jedzie się szosówką po leśnej drodze, woda i cukry ubywają z ciała, a przed oczami sosny, sosny, sosny, kolejne drogi, panuje upał i żywiczny zapach… Nie to, żebym tego nie lubił, bo czucie całym ciałem tej przestrzeni, zapachów, powiewów wiatru i uderzeń gorąca oraz dźwięki to najlepsze odczuwanie lasu. Ma się rozumieć obok jazdy konnej, na biegówkach, czy marszu. Ten ostatni jednak jest najmniej efektywny. Z kolei dojechanie na miejsce autem, jest w tym odniesieniu najbardziej ubogim sposobem czucia lasu, pomimo swojej wygody. W rowerowych zmaganiach z terenem warto mieć jakiś z góry założony cel. Szukałem zatem czegoś ciekawego, skomplikowania topografii, rowków, cieków wodnych, polanek, terenów podmokłych, punktów do których warto się przedzierać, aby je obejrzeć i sfotografować. Wiele lat temu zgubiłem się w okolicy, po której teraz idę. Błądząc w terenie próbowałem pogodzić słupki z numerami i poszczególne drogi z tym co na papierze. Przypadkiem wyjechałem na miejsce, gdzie widok gęstego lasu rozjaśniła polana, ze starą zbutwiałą amboną myśliwską. Miejsce to było położone nieco niżej, utrzymywało więcej wilgoci, a przez to było wysoko porośnięte trawami, turzycami i gdzieniegdzie trzciną. W upalnym dniu jeleń brodził tam zanurzony w zieleni po połowę ciała. Zajadał spokojnie, nie widząc mnie. Chwila tak urzekająca, że wbiła mi się w pamięć na lata i od dawien wracam w to „serce puszczy” o różnych porach dnia i roku. Odwiedzam królestwo jelenia, ich ostoję, matecznik. Jest tam kompleks polan,  jeziorek, sadzawek, rowków, rozlewiska i gęstniki. W sumie to chodzi o całe hektary, ale mam w nich też konkretne bardzo kameralne urokliwe zakątki. Tamtego dnia, po przebytych kilometrach, zdecydowałem się w końcu nałożyć słuchawki, zmotywować muzyką i po prostej wydostać się na asfalt. Następnie wrócić do domu i ze zmęczenia paść na twarz. Nie słysząc już tak dokładnie otoczenia zacząłem odwrót. W pewnym momencie w odległości kilku metrów przeskoczył mi drogę potężny byk i pomknął w dal. Zahamowałem i przeleciałem przez kierownicę. Rower upadł na piach. Urwałem wtedy mocowanie klamki hamulcowej. Trzeba było zadzwonić do domu, wytłumaczyć domownikom, gdzie taka objemka (na szczęście) leży w piwnicy i czekać na przesyłkę. Kilka dni z głowy, ale co z tego, istniały wakacje i czas nie miał ceny złota. Rower działał do doraźnego przemieszczania, nie można było jedynie leżeć na łapach hamulcowych, jak to uwielbiają robić kolarze szosowi… Wróćmy do dnia dzisiejszego. Szedłem do sadzawki. Ważyłem każdy krok, bo to miejsce przyciąga zwierzynę i zawsze jest duże prawdopodobieństwo spotkania, nawet w środku dnia. W ostatnim momencie postanowiłem zajrzeć jednak kilkadziesiąt metrów dalej, na sąsiadującą polankę. W myślach miałem inne spotkania z jeleniami z tego miejsca. Na pewno żaden z nich nie będzie stać tak samo jak wtedy. Nie wiadomo co nastąpi. Warto jednak się skradać i być w pogotowiu, aby nie zniweczyć ewentualnej szansy. Powolutku zbliżałem się z obiektywem na statywie przygotowanym do zdjęć. Rozłożony zestaw noszę na barku. Wystarczy wtedy uklęknąć i wszystko gotowe, pomimo gabarytów. Zakradanie się z tym ciężarem, to jak stąpanie w naprężeniu po lodzie, a do tego udziela się adrenalina polowania. Już przez ostatni szpaler drzew widać było, jak z traw wystaje coś znajomego. Kształt przypominał poroże. …Jest taki czas, taka chwila w mazurski ciepły wieczór, gdy wszystko zatrzymuje się i można poczuć, jak brzmi jeszcze ciepło mijającego dnia, a powietrze wypełniają zapachy nagrzanych roślin. Taki moment panował w tej chwili. Leżący w trawach byk wydawał się napawać tą aurą, zanim schowa się słońce. Odpoczywał sobie spokojnie. Ostatnie kroki, aby minąć linię drzew i tuż za świerkiem przyklęknąć i postawić spowolnionym ruchem trójnóg. Przyciski pod palcami. Ostrość ustawiona na porożu. Byk ani drgnie. Można powoli wypuścić powietrze z płuc. Wizjer zaparował. Oddychanie w bok półgębkiem, aby nie parowało, pozwala uspokoić rytm serca. Jesteśmy już obaj w trawie. W zasadzie możemy już razem dzielić się tą aurą i chwilą. Mógłbym nie robić zdjęcia. Jest wspaniale! Jednak od tych strzałów nie umrze. Krótka seria na poroże. Jest spokojny. Sekundy mijają. Nic się nie dzieje. Druga seria, jak z karabinu. Poroże powoli obraca się w moją stronę. Teraz, wyświetlając zdjęcia na dużym monitorze, widzę jego wzrok skierowany w moją stronę pomiędzy trawami. Leniwie uniósł się do góry, nie widząc człowieka w kupie zielonych szmat mojego maskowania. Jedynie nienaturalnie odcina się od nich czarne koło osłony przeciwsłonecznej obiektywu. Powietrze stało, zapach również. Podniósł się i stanął w pełnej krasie, patrzał kilka sekund w zapewne na to czarne koło i słuchał terkotu migawki.  Obrócił się i ruszył majestatycznie powolnym krokiem. Wszedł między młode świerki. Jak się po chwili okazało – położył się w nich. Wycofałem się wtedy z polany i ruszyłem przyległą drogą leśną, aby dojść do jej większej odnogi – kolejnego miejsca spotkań. Równie powoli i spokojnie. Po jakimś czasie mijałem miejsce gdzie wlazł ten byk. Wtem usłyszałem jak ruszył w stronę sadzawki, a zanim drugi. Obecności tego drugiego nie byłem nawet świadomy. Piękny szesnastak. Kolejnego dnia miałem okazję spotkać kilka takich nieopodal i być jeszcze bliżej nich…

O tym drugim spotkaniu napiszę osobno. Tymczasem dziękuję za odwiedziny i życzę wielu wspaniałych chwil na łonie przyrody.

Rekonesans w okolicach serca puszczy był także z lotu ptaka.

Rzut okiem z wysokości daje szansę zapoznać się lepiej z terenem. Widać doskonale zakamarki, można zajrzeć za ścianę lasu i przechytrzyć zwierzynę, która nie słyszy urządzenia pracującego na znacznej wysokości. Nie identyfikuje jego dźwięków z człowiekiem i zagrożeniem. Dystans bezpieczeństwa do jakiego zwierzyna dopuszcza intruza zmniejsza się wielokrotnie.

W tej migawce są jedynie krótkie oględziny ciekawego drzewa na środku polany. Poczyniłem jednak próby obserwacji które potwierdziły bezinwazyjność w kilku przypadkach. To jednak temat na kolejną opowieść.

2 / 100 Punktacja SEO